Przez krótką chwilę przyglądał się, jak śpi. Kołdra miarowo unosiła się i opadała, okrywając jej szczuplutkie ciało. Wyglądała tak spokojnie, tak niewinnie... Brązowe włosy rozsypały się malowniczo na poduszce, okalając jej głowę mięciutką aureolą. Z bladej twarzy zniknął wyraz nieufności, nawet nie była już taka blada jak ostatnio. Nawet się uśmiechała. Widocznie śniło jej się coś miłego. Mały aniołek, przemknęło mu przez głowę. Ledwo powstrzymał się przed pogłaskaniem jej po twarzy; uznał, że nie byłby to najlepszy pomysł. Z doświadczenia wiedział, że miała bardzo lekki sen i mógłby ją przez to zbudzić. Właściwie dziwił się, że jeszcze nie wyczuła jego obecności. Przecież stał bardzo blisko, a ona niegdyś bardzo szybko reagowała, gdy ktoś naruszał jej sferę osobistą. Nie chciał jednak, żeby się budziła. Tak było dobrze. Tylko teraz nie reagowała na niego nieufnością i złością. Chociaż w sumie już wolał, żeby na niego krzyczała, żeby się poawanturowała, niż uparcie go ignorowała. Nawet nie wiedział, czym zawinił, w którym momencie popełnił błąd. Nie mógł jednak nic z tym zrobić. Musiał jedynie zacisnąć pięści i spróbować odzyskać tamte chwile.
Ostrożnie wyminął łóżko i podszedł do stojącej obok drewnianej, pomalowanej na biało szafki. Wyciągnął zza pleców czerwoną różę. Przez chwilę się wahał, lecz w końcu położył kwiat na stosie książek, przyniesionych najwyraźniej przez rodziców dziewczyny. Tak, Elma zawsze uwielbiała czytać, teraz zaś pewnie książki pomogą jej zabić nudę w czasie pobytu w szpitalu. Z tego co słyszał, tak prędko stąd nie wyjdzie.
Ostatni raz spojrzał na uśpioną dziewczynę i mimowolnie się uśmiechnął. Prawie jak za starych, dobrych czasów. Żeby tylko one wróciły... Skinął głową na pożegnanie, choć dziewczyna nie mogła tego widzieć, i wyszedł cicho z pomieszczenia.
Jej pokój wyglądał zwyczajnie. Był ładny, dobrze oświetlony, ale niewyróżniający się niczym szczególnym – ot, sypialnia nastolatki, podobna do tysiąca innych. A jednak Elma poczuła na jej widok ciepło w okolicy serca. To było jej królestwo, nawet jeśli go nie pamiętała. Jednak na pewno spędziła w nim wiele cudownych chwil.
Usiadła niepewnie na łóżku, głaszcząc narzutę w białe jednorożce. Uśmiechnęła się lekko. Chyba miała do niej sentyment, inaczej nie zostawiałaby na wierzchu czegoś podobnego. Rozejrzała się jeszcze raz po pomieszczeniu. Beżowe ściany. Komoda z ustawionymi na niej figurkami kotów. Wiszące nad nią duże lustro w srebrnej ramie. Szafa z ubraniami. Zawalone zeszytami i papierami biurko. Krzesło, z którego oparcia zwisała sukienka. Brązowy dywan na podłodze. Kwiaty na parapecie. I kocia sierść. Mnóstwo kociej sierści. Widocznie rudy mieszkaniec domu bardzo sobie to pomieszczenie upodobał, zwłaszcza pod nieobecność prawowitej właścicielki.
Przejrzała pobieżnie leżące na biurku zeszyty, zastanawiając się, gdzie mogła umieścić pamiętnik. Nigdzie na wierzchu, to pewne. Matematyka, biologia, język polski, fizyka, geografia... Wszędzie to samo równe, czytelne pismo – literki nieco przechylone w prawo, lecz zdecydowane i gdzieniegdzie ozdobione zawijasami. Jestem komunikatywna i uczuciowa, jak
twierdzi grafologia, pomyślała. I mam
skłonności do przeżywania wielkich namiętności oraz zdolności przywódcze. Jakie
fascynujące. Rozbawiona zabrała się za przeglądanie pierwszej z trzech
szuflad biurka, przyklękając na podłodze. Znalazła tam jednak tylko zszywacz, karteczki
samoprzylepne, linijkę, wrzucone do drewnianego pudełka kredki i jakieś inne
bibeloty. W drugiej szufladzie dostrzegła plątaninę czarno-białych kabli.
Całkiem niezła kolekcja. Trzecia szuflada pełniła chyba funkcję
mini-spiżarenki, gdyż zawierała dwie tabliczki łaciatej czekolady, paczkę
chipsów, żelki, wafelki... Naprawdę była
aż takim łakomczuchem? Wyciągnęła na biurko czekoladę i od razu zjadła
jeden kawałek. Pyszny. Błyskawicznie rozpłynął się na języku, pozostawiając po
sobie słodki smak.
Wstała z miejsca i podeszła do komody, stwierdzając, że oprócz biurka jest to chyba jedyne dobre do ukrycia pamiętnika miejsce. W pierwszych trzech szufladach znalazła jedynie ułożone równo ubrania. Od niechcenia przerzucała je z miejsca na miejsce, coraz bardziej zniecierpliwiona. Nie przejęła się tym, że robi sobie bałagan. Trudno. Potem się to poukłada z powrotem.
W pewnym momencie jej dłoń natrafiła na coś, co z całą pewnością nie było mięciutkim materiałem. Było twarde. Szorstkie. I wyglądało na okładkę. Zeszyt! Sięgnęła po niego i z wahaniem przekartkowała. Zdecydowana większość została zapisana przez znane już jej pismo. Gdzieniegdzie na marginesach widniały rysunki – krzyżujące się miecze, wijące się przez całą stronę węże, kwiatowe esy-floresy... Znalazła też parę całkiem niezłych rysunków wykonanych ołówkiem. Jeden przedstawiał wieżę, wysoką; na jej szczycie powiewała chorągiewka, dokoła zaś huczało morze. Dostrzegła drobne sylwetki mew, wtopionych niemalże w niebo. Samotna wieża. Ciekawe, czy istniała naprawdę, czy też stanowiła wytwór wybujałej wyobraźni. Inny rysunek przedstawiał siedzącą na niskim murku dziewczynę, najwyraźniej zaczytaną po uszy w trzymanej na kolanach książce. Dało się nawet zauważyć tytuł – „Maladie” Sapkowskiego. Postać na kartce miała dziko poskręcane włosy, opadające na ramiona, ubrana zaś była w za szerokie spodnie i bluzę z kapturem. Wyszła całkiem sympatycznie.
Elma usiadła z powrotem na łóżku i zaczęła czytać.
19 września 2012 17:32
Dzisiaj znowu wolontariat w szpitalu. Jestem tak paskudnie zmęczona! Jednak nie da się ukryć, sprawia mi to niemałą frajdę. Za nic nie potrafiłabym zrezygnować z codziennych odwiedzin. Chcę pomagać. Chcę być lekarzem. Chcę leczyć. Muszę to robić. Do niczego innego się nie nadaję! Ale to... szpital... nie umiem bez tego żyć. Doktor Swarowski się śmieje, że równie dobrze mogłabym już tam zamieszkać. To prawda, czuję się tam niezwykle dobrze. Czuję się sobą. Czuję, że robię to, co kocham i do czego zostałam stworzona. Nie więcej, nie mniej. Przecież to jest takie ciekawe! Nawet jeśli potem zasypiam na stojąco i marzę o pójściu do łóżka.
Jest dopiero piąta. Nie chce mi się spać, ale nie mam siły na wstanie i zrobienie czegoś sensowniejszego. Nogi mnie bolą, i to strasznie. Jedyna rzecz, którą mogę robić, to siedzieć w łóżku i się lenić. Jutro do szkoły... Nie jestem nawet spakowana. Chyba nawet nie mam lekcji zrobionych. Może była matma, może historia... Nie pamiętam. Nie obchodzi mnie to zbytnio. Są ważniejsze rzeczy niż głupie zadania domowe.
20 września 2012 22:15
Powinnam spać. Powinnam, ale i tak nie jestem śpiąca. Zmęczenie jeszcze mnie nie dopadło – chociaż coś. Wyjątkowo nie poszłam do szpitala, nie czułam się najlepiej. Teraz trochę przeszło, ale nadal wolę się nie ruszać z łóżka.
Chyba teraz bardziej niż nigdy czuję się samotna. Niby mam Marysię, mam paru dobrych znajomych, i w samej szkole, i w szpitalu, ale... brakuje mi kogoś więcej. Kogoś, kto mnie przytuli, pocałuje, wesprze i zaakceptuje taką, jaka jestem. Tak bardzo bym chciała znaleźć „tego jedynego”, ale on chyba jest daleko. Więc wciąż śnię. I marzę, że kiedyś przyjdzie. Brzmi to naiwnie i bardzo różowo, wiem. Nic nie poradzę na to, że jestem romantyczką, która poszukuje ciepła... Najgorzej jest, jak przechodzę obok takich zakochanych par. Trzymają się za rączkę, przytulają, obściskują. Aż bierze paskudna zazdrość, gdy widzę, jak dobrze im ze sobą. Jak się wspierają. Jak się świetnie bawią w swoim towarzystwie. A ja... jak zwykle sama. Najczęściej mając za jedyną kompanię książkę, ewentualnie widoki za oknem. Taaaak. To nie jest dobre uczucie. Zdecydowanie nie. Nie umiem jednak mu zapobiec, nie umiem go powstrzymać. Potem to się nawarstwia. Przychodzą bezsenne noce – dokładnie takie jak ta dzisiejsza. Jest płakanie w poduszkę. Zaczątki depresji. Rzucanie się w wir pracy. Chwilowe zapomnienie. Znowu widok zakochanych par. No i błędne koło... Nie znoszę tego.
Musiałam się wyżyć. Oberwała poduszka. Taka bezsilność... Chciałabym na przykład uratować wielu chorych. Ocalić ich od śmierci, od cierpienia... ale nie zawsze mogę. Nie zawsze się da. Nie jestem Bogiem, nie jestem wszechmogąca. Umiem tylko wspierać, chociaż chcę dla tych ludzi jak najlepiej. Nikomu nie życzę źle! Każdy zasługuje na życie, tak myślę. Nawet jeśli mam coś do kilku osób, to jednak...
A potem widzę, jak większość moich dobrych znajomych zaczyna umawiać się z chłopakami. Chodzić na randki. Jest w związkach... Po prostu bierze cholerna zazdrość. I bezsilność właśnie, bo w takiej sytuacji nie można zrobić kompletnie nic. Trzeba ją przetrwać – i mieć nadzieję, że kiedyś i samemu zostanie się trafionym przez miłosny piorun.
Tymczasem pustka.
2 października 2012 13:12
Nie dzieje się zupełnie nic. Nie miałam o czym pisać. Dni niewarte uwagi. Dom – szkoła – szpital – dom – szkoła – szpital – dom i tak w kółko. Nic się nie zmienia. Jedynie drobne wypadki zakłócają przebieg dnia, ale to drobiazgi. Nic nieznaczące detale. Chyba została tylko pustka. Apatia. Wciąż mi czegoś brakuje. Wciąż szukam, sama nie wiem, kogo i czego. Czuję się odrzucona. Nawet Marysia ma chłopaka. Co jest ze mną nie tak?! Nie umiem się zakochać – nikt mnie nie pokocha. Zostanę starą panną i wstąpię do klasztoru. Wszystkim ulży. Z pewnością.
17 października 2012 9:01
Kolejna kłótnia z matką. O wszystko. O stopnie, o szpital, o znajomych. Wkurzyłam się. Krzyczała na mnie tak, jakby jej na tym wszystkim zależało. A nie zależy. Wiem to. Widzę to po sposobie, w jaki na mnie patrzy, widzę tę pustkę w jej oczach. Płomień miłości do mnie chyba wygasł. Nie wiem, jak dawno temu się to stało, ale mam całkowitą pewność. A może tak było zawsze, tylko ja nie potrafiłam tego dostrzec? Nie wiem. Boję się. Kulę się pod kołdrą. Ręka mi się trzęsie... Brakuje mi ciepła. Coraz mniej czasu spędzam w domu. Czuję się tutaj obco. Nie pasuję. Jestem intruzem. Spojrzenie matki mówiące: „nie chcę cię tutaj, wracaj do pokoju! Albo najlepiej wynoś się z domu.”... Jestem rozbita. Totalnie rozbita. Czy coś mi zostało? Niewiele. Tak bardzo pragnę normalnej rodziny, normalnego życia, w którym mogłabym zwyczajnie porozmawiać z rodzicami, którzy by mnie kochali bezwarunkowo i nie patrzyli z pustką w oczach. Mam dosyć. Chcę stąd uciec. To jest katorga. Tortura.
Zimno tutaj. A może to nawet nie jest wina temperatury. Świeci słońce. Piękny polski październik... Naciągam na głowę koc. Zaraz powinno się zrobić cieplej; przynajmniej taką mam nadzieję. Jestem głodna... Nie zejdę jednak na dół. Matka urzęduje w kuchni. Mówiła, że coś gotuje, ale znając życie i tak to spali. Jej jedzenie nadaje się wyłącznie na śmietnik. Ona nie ma talentu kulinarnego.
Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie zdobyłam się na nazywanie jej „mamą”, „mamusią”... Zawsze była tylko matką, jakby osobą zupełnie dla mnie obcą. Nieznaną. Chyba ją kiedyś kochałam. Na swój sposób, tak jak małe dziecko instynktownie lgnie do rodzica. Ona jednak chyba nigdy mnie nie darzyła żadnym cieplejszym uczuciem. Czy to z jej winy mam teraz ziejącą ranę zamiast serca?
9 października 2012 14:55
Na hiszpańskim dosiadł się do mnie chłopak z równoległego matfizu. Co chwilę zagadywał, choć chyba za bardzo nie byłam skora do rozmowy. Jednak się wciągnęłam. Aż dziwne, że wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi! Jest bardzo sympatyczny. Po raz pierwszy od bardzo dawna czuję do kogoś chociaż cień sympatii. Jak na mój obecny stan, jest to sukces. Duży sukces.
21 października 2012 6:27
Pada deszcz. Na ulicach wilgotna breja. Dobrze chociaż, że w pokoju jest ciepło. Nie chce mi się zbytnio iść do szkoły. Mam jeszcze trochę czasu do wyjścia – godzinę, tak na dobrą sprawę. Wstałam wcześniej, bo i tak budziłam się co chwilę. Koszmary nie dawały mi spać spokojnie. Musiałam się dużo wiercić w nocy, bo kołdra leżała skopana na ziemi. Mam ochotę na gorącą czekoladę.
Zimno. Znowu. To już się robi nudne... Ale mam gorące czoło. Rozpalone. Dreszcze. Termometr wskazuje 29,5°C. Wygląda na to, że nie muszę się martwić szkołą, bo... Co ja to chciałam napisać? Nie mogę zebrać myśli. Aha. Wiem. Bo i tak do niej nie idę. Kręci mi się w głowie. O ra...ny...
23 października 2012 18:03
Te dwa dni praktycznie przespałam. Tylko to mogę teraz robić. Kochany tatuś przyniósł mi herbatę z miodem i cytryną i jakieś antybiotyki na zbicie temperatury. Teraz naprawdę nie mogę się stąd ruszać, więc oglądam anime i czytam. Na przemian. Nudzę się. Nie chce mi się już spać... Gapię się bezmyślnie w sufit, chociaż nie ma na nim niczego ciekawego. Kiedyś wyobrażałam sobie, że widzę gwiazdy, księżyc, piękne, przejrzyste niebo. Zawsze zasypiałam z takim widokiem przed oczami. Potem się chyba od tego odzwyczaiłam. Czasem zamiast gwiazd widziałam skaczące przez płoty barany. Liczyłam je. Były białe i czarne, z niewielkimi różkami na głowie. Śmiesznie beczały. Szybko po tym zasypiałam. Teraz jednak ta metoda nie działa. Wyobraźnia się wypaliła? Na pewno nie. Po prostu przestałam w to wierzyć. Czar nie działał... A szkoda.
Czasem myślę, że fajnie by było uciec w taki wyimaginowany świat. Świat idealny – utopię. Krainę szczęśliwości, mlekiem i miodem płynącą. Taką bez zła, wojen, cierpienia, za to pełną miłości i zrozumienia. To jedynie mrzonka. Nigdy się ona nie spełni – już dzisiaj można to stwierdzić z całą pewnością. Ludzkość jest zbyt okrutna. Zresztą niektóre rzeczy nie zależą od nas samych, nie na wszystko mamy wpływ. Możemy jedynie postępować zgodnie z sumieniem i wybierać tak, jak uważamy to za słuszne.
30 października 2012 10:11
Pierwszy dzień szkoły po długiej nieobecności. Czułam się dziwie, wędrując przez puste korytarze. Przyszłam za wcześnie, nikogo prawie jeszcze nie było. Czuję się dziwnie i teraz, siedząc samej na parapecie. Opieram się plecami o ścianę, obserwując boisko, na którym nie dzieje się zupełnie nic. Jestem sama. Marysia jak zwykle rozmawia przed klasą ze swoim chłopakiem, pozostali znajomi stworzyli wianuszek wzajemnej adoracji i mnie uparcie ignorują. Więc jestem sama. Znowu jestem sama. Jak zwykle.
Nie wierzę. Ktoś się do mnie dosiadł. Sebastian? Ten z matfizu. Znajomy z hiszpana. Zagadał o sprawdzian z historii, który nasza klasa miała wczoraj. Nie sposób było się do niego nie uśmiechnąć – roztaczał wokół siebie aurę optymizmu. W pewnym momencie znowu się zaczęłam śmiać, co ostatnimi czasy zdarzało mi się niezwykle rzadko. Przyjemne uczucie. Czas jednak zleciał szybko, za szybko, bo zadzwonił dzwonek na lekcje. Odruchowo zatkałam uszy; dźwięk był wibrujący i bardzo nieprzyjemny. Sebastian się roześmiał krótko. Stwierdził, że mam się nie przejmować dzwonkiem i zanim zdążyłam cokolwiek sensownego powiedzieć, zeskoczył z parapetu i już go nie było, a ja smętnie powlokłam się na matmę.
Zamiast logarytmów miałam przed oczami blond włosy.
12 listopada 2012 9:41
Dni mijają niesamowicie szybko. Cały ogrom apatii zaczyna się powoli ulatniać. Czuję się już lepiej. Jest lepiej. O niebo lepiej. Odnalazłam się w szkole. W klasie też. Niby wciąż jestem samotna, ale już nie tak bardzo. Jak to nazywają? Samotność w tłumie? Przyzwyczaiłam się już jednak. W pewien sposób jestem dzięki temu szczęśliwa. Nie trzeba chyba dodawać, że jest ktoś, kto całkiem niespodziewanie mi pomógł. Tylko przy nim mogę naprawdę być sobą. Mogę zapomnieć o całym świecie, wpatrywać się prosto w niebieskie tęczówki i słuchać, jak opowiada. Ma do tego talent. Czasem dosiada się do mnie na parapecie, przerywając lekturę, i zaczyna kolejną dyskusję, która kończy się najczęściej obustronnym wybuchem śmiechu. Zawsze poprawia mi tym humor.
Marysia również spędza ze mną więcej czasu. O wiele więcej. Praktycznie wszędzie ciągnie mnie za sobą. Czasami udaje mi się jednak jej uciec i usiąść ze spokojem gdzieś w kącie, żeby poczytać. To właśnie lubię chyba najbardziej. Książki. Na przerwach nie mam nic lepszego do roboty – no chyba że nauka albo gadanie z Sebastianem, przechodzącym akurat obok.
W domu nadal czuję się obco. Uciekam. Rano szybko do szkoły; czas spędzony w domu zostaje skrócony do niezbędnego minimum potrzebnego na zjedzenie śniadania, ubranie się i szybką toaletę. Potem siedem godzin w budynku liceum. Nigdy nie wracam jednak do domu prosto ze szkoły. Czasem mam jakieś zajęcia dodatkowe. Najczęściej jednak idę do szpitala i siedzę tam do późnego wieczora, w przerwach między obchodami i pomaganiem pielęgniarkom ucząc się oraz robiąc lekcje. Wracam bardzo późno. Ledwie przytomna szykuję plecak na kolejny dzień i idę spać. Cykl się powtarza, a ja nie robię nic, żeby to zmienić. Nie jestem w stanie.
Cześć:) Jestem, doczytałam do końca, więc komentuję. Tak w ogóle to zatrzymałam tu się na dłużej, gdy tylko zobaczyłam, że akcja dzieje się w Polsce. To już chyba taki nawyk, szczególnie że mało jest taki blogów. W ogóle romans, kupiłaś mnie tym już zupełnie. A że akurat byłam w trakcie pisania nowego rozdziału u siebie, to nie zdążyłam przeczytać, zanim Ty zjawiłaś się u mnie.
OdpowiedzUsuńElma. Nigdy nie spotkałam się z tym, żeby ktoś miał tak na imię. Ciekawe imię i w ogóle brzmi całkiem ładnie. Już od razu dało się zauważyć, że dziewczyna ma dosyć silny charakter, przynajmniej tak można wnioskować po dwóch pierwszych rozdziałach, w trzecim jej pamiętnik ujawnia trochę inne emocje. Wiadomo, nie każdy jest przebojowy i odnajduje się w towarzystwie. Właściwie też ciekawi mnie ta relacja z matką, bo z tatą jest chyba łatwiejsza. Hm, pewnie się dopiero dowiem. Co prawda czytam już jednego bloga, gdzie motywem przewodnim jest amnezja, myślę jednak, że opisywanie tego poznawania wszystkiego od początku to nie lata wyzwanie, sama bym się chyba nie zdecydowała.
No i jest jeszcze Sebastian, coś czuję, że relacje tej dwójki będą dosyć skomplikowane, on długo budował jej zaufanie, teraz je nagle stracił, Elma przeczytała o nim w pamiętniku. Nie ukrywam, że jestem ogólnie ciekawa też jej reakcji, kiedy ponownie spotka się ze Sebastianem. Chociaż czytałam zapowiedź, będziemy poznawać jej życie, czytając pamiętnik, tak? ;>
Chciałam jeszcze napisać, że całkiem przyjemnie się wszystko czytało. Ja nie wiem, ale wszyscy wokół ogarniają narrację trzecioosobową, ja jakoś się w niej nie czuję. I jeszcze plus za to, że widać różnicę, gdy czyta się jej pamiętnik, takie myśli normalnej nastolatki.
Nie wiem, co mam jeszcze Ci napisać, po prostu czekam na kolejny rozdział, bo całkiem fajnie zapowiada się to opowiadanie.
Pozdrawiam!
Ha, dziękuję! Nawet nie wiesz, jak mnie zmotywowałaś! ;) Od paru dni zastanawiałam się, czy nie rzucić tego opowiadania, bo nie mam tak jakby chwilowo ochoty na jego pisanie. W każdym razie dzięki za kopa do pisania, o!
UsuńUhm, Makowe Pole jest takim moim wyjątkiem, bo dotychczas pisałam tylko fantastykę z wątkiem miłosnym. Teraz postanowiłam spróbować tego... I cieszę się, że Ci się podoba. ;) Ba, na tym nie koniec. Akcja dzieje się w Poznaniu, choć jeszcze nigdzie tego nie napisałam. I może bohaterowie Makowego Pola spotkają przypadkiem bohaterów Fabryki Dziur. ;>
No fakt, bo ja to imię wymyśliłam. xD Elma ma ze mnie naprawdę dużo, więc czemuż by nie dać jej podobnego imienia? Amnezja to akurat dosyć ciekawy temat. W dodatku bardzo szeroki i fajny do opisywania, zwłaszcza że interesuję się psychologią i psychiatrią, pod tym kątem również jest to ciekawe doświadczenie.
Nie całe, ale na pewno większość. Część sobie przypomni, część przeczyta w pamiętniku, część opowiedzą jej znajomi... Także będzie się działo. Dla mnie na razie też jest to niewiadoma, bo nie doszłam jeszcze do tego momentu, a piszę to opowiadanie dosyć spontanicznie, uhm.
Ha, bo sama piszę pamiętnik, mam dosyć podobne odczucia do Elmy, więc wiem, jak to zgrać, o! :D
Tak więc bardzo serdecznie dziękuję. :)))
Nawet nie wiesz, ile ja miałam kryzysów. Kiedy nie potrafię napisać jednego zdania, mam ochotę wszystko rzucić. Później myślę sobie o tym, jak wiele już włożyłam w bloga i jest mi smutno, gdybym miała go porzucić. Chyba najgorzej się przemóc albo chociaż trochę odczekać, aż wrócą chęci ;P
UsuńHa, ja kiedyś widziałam dziewczynę i chłopaka, który wyglądali jak Sandra i Aleks, serio, szli razem o.O I to w Poznaniu, także rozglądaj się xD
Ale właściwie nie brzmi jak wymyślone, lepiej, że ma na imię Elma niż np. Vanessa xD
O, to rzeczywiście, skoro się tym interesujesz, to wiesz o tym pewnie więcej niż ja i łatwiej Ci pisać. Mimo tego, że bym się w tym pogubiła, to właśnie dużo o tym można napisać, szczególnie emocje. To też mi się u Ciebie podoba :)
Nawet nie powiedziałabym, że jest pisane spontanicznie, wygląda to tak, jakbyś miała zaplanowane. No, pewnie jakąś tam część masz, tak ja ja swoje opowiadania, ale czasami coś się zmienia w międzyczasie. Spontaniczne pomysł są czasami lepsze o tych zaplanowanych.
Ha, ja prowadzę tylko bloga, ale tam większość to bełkot ;P
Nom, dokładnie, też tak często mam. Porażka jakaś... I jeżeli w porę nie znajdzie się motywacja, to jest się gotowym rzucić wszystko w diabły XD
UsuńW Poznaniu? Naprawdę? To będę się rozglądać! Ha, zdradzić Ci sekret? Elma i Sebastian istnieją naprawdę, tylko że nie są razem XD
A ja znam jedną Vanessę, chodziłam z nią do klasy... :D
Spontaniczne - prawda! Kiedyś pisałam zgodnie z planem, nic nie mogło się zmienić - teraz... A, spontaniczność w najczystszej postaci. :D
I'm here! Not forget you <3
OdpowiedzUsuńHah... Mam nadzieję, iż mój dobry humor udzieli się i tobie i wkrótce zapodasz kolejna część. Komentarz będzie krótki, bo idę opijać zwycięstwo (napisałem przed chwilą "zwycięstwo"...), ale ja dziś myślę konkretnie.
A więc. Podoba mi się pomysł z łączeniem narracji. Te karty z pamiętnika niewątpliwie nadają całości swego rodzaju "pikanterii", smaczku...
O relacjach z rodzicami wypowiedziałem się ostatnio. Ojciec wydaje się być miłym i (uciekło mi właśnie słówko, ale postaram się je logicznie zastąpić) "ogarniętym" człowiekiem. Z matką, wiedziałem, że relacje są napięte. Odnoszę wrażenie, że jej zdystansowanie może mieć wpływ, a raczej odwrotnie - wypływać z owej amnezji "Margarynki" (:P). Może w pamięci obu pań skrywa się pewien sekret, którego zdrowa kobieta, nie chciałaby ponownie wyciągać na wierzch. Tłumaczyłoby to poniekąd jej ograniczające się relacje z córką. Elma nie pamięta wielu szczegółów ze swojego, wcześniejszego życia. Może matka nie chce swoją osobą jej przybliżać dawnych krzywd? - odnośnie tego. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że drugi wątek, będzie opierał się własnie o te dwie panie. Jakby sprawą nadrzędną nad wątkiem miłosnym był ten poboczny, wywodzący się z rodziny. Hmmm...
Wytłumacz mi czemu Elma, skoro Poznań?
~~~~~~~
http://let-rainfall.blogspot.com/ też skorzystam, przy okazji :PP
I thought you forgot! <3
UsuńWłaśnie zabieram się za jej pisanie; planowałam dodać jutro, ale nie wiem, czy się wyrobię, mam nadzieję, że tak XD Dobry humor, omnomnomnom. Mam dobry, ale stan euforyczny to to jeszcze nie jest XD
Tak, relacje z rodzicami są bez wątpienia bardzo intrygujące. Nawet dla mnie są niejasne. XD
Bo zachciało mi się dawać jej dziwne imię.
PS Nie musisz mnie powiadamiać, mam Let Rainfall w obserwowanych, zaglądam na bieżąco xP
Ale ja lubię dawać o sobie znać :P
UsuńBoże... Zapomniałem o twoim blogu... Znaczy, nie zapomniałem, ale utkwił on pomiędzy fanfiction, a moimi potencjalnymi chęciami na czytanie czegokolwiek innej, jak własnie FF
Tak. To mój ten "sporadyczny głos" w ankiecie. Musiałem się przyznać.
Nie umiem Ci teraz napisać w odpowiedzi niczego sensownego, więc jedynie skomentuję to uśmiechem XD
UsuńNo kurde, jakieś fatum! Coś najwyraźniej nie chciało, bym skomentowała ten rozdział! Tyle się napisałam i nie skopiowałam i w tym momencie przerwało mi połączenie internetowe! Co za pech...
OdpowiedzUsuńMniej więcej pamiętam, co Ci napisałam, na szczęście.
Mam nadzieję, że Cię tym stwierdzeniem nie obrażę, bo nie każdy lubi sagę "Zmierzch", ale czy ktoś Ci już kiedyś to powiedział czy napisał, że ten rozdział był nieco podobny do "Zmierzchu"? :) Jeśli nie, to ja Ci to napiszę. :)
Otóż, z zapisków w pamiętniku, losy Elmy wydawały się niezwykle podobne do losów Belli. Elma to samotnica, małomówna, nie potrafi być duszą towarzystwa, czuje się samotna i niechciana, a przy tym tęskni do tego jedynego - zupełnie jak Bella ze "Zmierzchu". Aż tu nagle pojawia się taki Sebastian, który potrafi sprawić, że dziewczyna się uśmiecha - w "Zmierzchu" tym kimś był Edward i również poznali się w szkole na lekcjach. ;) Jeśli nie lubisz tej sagi, to i tak przyjmij moje słowa jako komplement, bo ja ją bardzo lubię, co oznacza, że Twoje opowiadanie też mi się bardzo podoba. ;)
Mimo tego, że lubię Sebastiana, bo jest fajnym gościem jak na razie, to mam nadzieję, że to jednak nie on nawoływał Elmę z makowych pól. Jakoś tak byłoby to za proste... I chociaż go lubię, to czekam na coś bardziej mega, a raczej na kogoś bardziej mega. ;)
I tak w ogóle trochę nie rozumiałam początku, gdzie mniemam, że Sebastian kręcił się koło łóżka Elmy, nawet jej różę zostawił i rozmyślał, że nieprędko ją wypuszczą ze szpitala. Tymczasem już w kolejnym akapicie dziewczyna znajduje się we własnym pokoju we własnym domu. ;)
I jeszcze ciekawe, co jest powodem nienawiści matki... Szkoda, że nie potrafią się dogadać. ;( Coraz więcej szczegółów, coraz więcej bohaterów, zatem muszę przeczytać następny rozdział. ;)