sobota, 11 maja 2013

4. Kartki pamiętnika


Elma poruszyła się niespokojnie na łóżku, machając przez chwilę nogą. Ścierpła jej; za długo siedziała w jednej pozycji. Oparła się plecami o ścianę, uprzednio podłożywszy sobie poduszkę. Przewróciła kolejną stronę zeszytu. Zaszeleściła niespokojnie pod jej palcami. Szybko zerknęła na zegarek. Północ. Idealna pora na czytanie takich rzeczy. Zagłębiła się z powrotem w lekturę, pomijając kilka wpisów zawierających jedynie fragmenty piosenek bądź cytaty.


4 grudnia 2012 16:28


Chyba oszalałam. Chyba oszalałam! Przesadziłam. Mogłam tego nie robić! Co mnie podkusiło?! Teraz się palę ze wstydu. Co on o mnie pomyśli? To prawda, rozmawiał ze mną kilka razy, ale to w sumie nic nie znaczy. Dobra. Zrobiłam to. Wcisnęłam mu do ręki karteluszek ze swoim numerem telefonu... Podejrzewam, że już jestem zamordowana. Wyjdę na nachalną... Boże. Boże. Boże. Nie mogę się uspokoić. Nic nie pomaga. Po prostu kręcę się w kółko po pokoju, zerkając co chwilę na wyświetlacz komórki. Mam ochotę rzucić nią o ścianę. Roztrzaskać. Jestem zła na siebie. I to gorąco na policzkach... Argh! Uspokój się! Co, jeśli nie napisze? Po co robić sobie nadzieje, no po co? Po to, żeby potem spędzić ileś tam nocy, wypłakując się w poduszkę i nie myśląc o niczym innym? Po to, żeby potem unikać go na przerwach i uciekać gdzie pieprz rośnie na sam jego wi... 

O Boże. Telefon podejrzanie zapikał. Sms. Boję się. Boję się go przeczytać... 

Ciekawość jednak zwyciężyła. Musiałam sięgnąć po nieszczęsną komórkę... No iiiiiii... Napisał! Hurra! A więc nie uważa mnie za idiotkę. Nie wywalił mojej kartki, nie uznał jej za śmieć, lecz sprawdził, co na niej jest. I odpisał. Odpisał. Odpisał!!! 

Nie no. Zaczynam brzmieć tak, jakby mi zależało... Kurka. Tylko... nie mówcie mi... że naprawdę zależy... 

Taki stan chyba można zdefiniować jako zakochanie, prawda? Jeżeli tak, to to jest bardzo fascynujące uczucie.




14 grudnia 2012 19:04

W domu rozpętało się pandemonium. Matka wpadła w jakiś dziki szał na mój widok. Nic jej nie zrobiłam, jedynie weszłam do kuchni prosto po powrocie, żeby się przywitać. Wyjątkowo wróciłam wcześniej; doktor Swarowski zagroził, że jeżeli mnie dzisiaj zobaczy w szpitalu, wygoni natychmiast i zabroni wstępu aż do końca życia w charakterze pracowniczki, którą formalnie nigdy nie byłam. Kazał iść do domu i się porządnie wyspać. Fakt, od paru dni dręczyły mnie bezsenność na przemian z koszmarami. Po prostu tortura. W dodatku po nocach często musiałam się uczyć, bo w dzień nie starczało mi nawet na to czasu. Zaczął się kiepski okres. Końcówka semestru, więc trzeba się choć trochę postarać. Choć udawać, że mi na tym zależy. Choć prawdę mówiąc... mam chwilowo to wszystko gdzieś. Mam dosyć. Nie wytrzymuję. Wysiadam. 
W każdym razie w szale matki przepadło kilka talerzy, całkiem ładnych, pomalowanych w niebieskie ptaszki otoczone kwietnymi wzorami. Wszystkie uderzyły o ścianę i się roztrzaskały. Aż cud, że nie zrobiły w niej dziur. To jednak nie było najgorsze. Najgorszy był wyraz oczu matki, gdy na mnie spojrzała. Czysta furia. Nienawiść. Ani krztyny ciepła, miłości – żadnego z uczuć, którymi matka powinna obdarzyć swoje dziecko. Nie, ona nie była zwyczajną matką. Nie czułam w ogóle, żeby kiedykolwiek nią była. Po wielokroć zastanawiałam się, czy nie zostałam adoptowana – podświadomie zawsze czułam, że nie pasuję do tej rodziny, że żyję gdzieś na zewnątrz domu, we własnym, wyimaginowanym świecie. Trudno się dziwić, że zawsze byłam zamknięta w sobie. Dziwię się, że niektórym w ogóle chce się ze mną gadać. A najbardziej to się dziwię tacie, że wytrzymuje to wszystko i jeszcze staje w obronie matki. Chciałam go za to nienawidzić. Nie potrafię tego jednak. Widzę w jego oczach współczucie dla mnie, chęć pomocy... Lojalność wobec matki każe mu jednak powiedzieć coś zupełnie innego niż myśli. Tak, jest tchórzem. Jeszcze bardziej niż ja, która w takich momentach okręcam się na pięcie i wybiegam z domu. Nie jestem w stanie go zrozumieć. Nie jestem w stanie ich zrozumieć. O ile relacje z matką zawsze były rozbite, o tyle do ojca czułam coś zupełnie innego niż zwyczajną oziębłość. Kochałam go. Na swój sposób okazywał mi przywiązanie, swoją miłość. Jednak to nigdy nie było to samo, czym mogliby obdarzyć mnie oboje. Gdyby tylko chcieli... Ale nie. Zrujnowali mi tym samym dzieciństwo. Życie. Tą swoją głupią nienawiścią i niemożnością zaakceptowania własnego dziecka. Z chęcią wysłania go do diabła. 
O, tak. Moje życie przypomina piekło. Możliwe nawet, że nim jest.


21 grudnia 2012 13:46 

To nie będą miłe święta. Atmosfera w dalszym ciągu jest niesamowicie napięta, niemalże da się kroić powietrze nożem – a ja nie mogę nic z tym zrobić. Przestałam walczyć. Już dawno. Nie wiem, czy rodzice w ogóle planują coś w związku z Wigilią. Nigdy nie byli jakoś szczególnie porządnymi katolikami, w przeciwieństwie do mnie, trzymającej się kurczowo wiary jak ostatniej deski ratunku. To było to, co mogłam zachować na własność, coś, co było częścią mnie. Pragnęłam spędzić te święta normalnie, najnormalniej jak tylko się da, ale najwyraźniej nie będzie mi to dane. Jak zwykle. Zaczynam rozważać ucieczkę z domu i wyjazd do babci. U niej byłoby mi zdecydowanie lepiej niż tutaj, w domu przesiąkniętym złą aurą. Bardzo złą. W sumie wizyta u dziadków nie byłaby takim złym pomysłem. Wszystko zresztą będzie lepsze niż pobyt tutaj. Matka się pewnie nawet nie zmartwi. Ucieszy się wręcz, że mnie nie ma – jeden kłopot z głowy. Spędzą sobie wraz z tatą urocze święta przy sztucznej choince i kolędach, których tekstu już nie pamiętają, potem usiądą przed telewizorem i będą oglądać jakąś szopkę. Naprawdę fascynujący sposób na spędzenie świąt. 
Jeżeli babcia mnie wygoni z domu, przenocuję u Marysi, a potem się zobaczy. Na pewno nie zamierzam wracać do domu, choćby nie wiem co. Zresztą tego miejsca nie mogę nazwać domem. Dom to miejsce, w którym człowiek czuje się bezpiecznie, w którym ma swój kąt, swoje miejsce, w którym jest ciepła atmosfera, do którego zawsze może wrócić. Dla mnie to jedynie rozwalający się budynek, nic stałego, nic trwałego. Po prostu sobie stoi, zimny, bez uczuć, niezachęcający do powrotu. Nigdy więc nie nazwę tego miejsca prawdziwym domem. Domem, którego nigdy nie miałam. Chyba że można tak nazwać szpital. Tylko tam czułam się naprawdę sobą. 
Wciąż się zastanawiam, czym sobie zasłużyłam na taką karę. Po prostu mam dosyć. 
Dobra, koniec mazgajenia się. Czas wziąć komórkę w dłoń i spakować się. Wystarczy wrzucić do torby najpotrzebniejsze rzeczy i wymknąć się cichcem. To nie będzie trudne. Nie powinno.


23 grudnia 7:22


Babcia mnie nie wygoniła. Zdaje się, że nawet jej nie zaskoczył mój widok. Wręcz przeciwnie, ciepło się uśmiechnęła – jak to ona, i posadziła mnie na szerokiej ławie w kuchni, stawiając przede mną kubek z parującą herbatą. Nie pytała o nic, za co byłam jej wdzięczna. Chyba sama się domyślała. Wiedziała, że w naszej rodzinie dzieje się wiele złego. Tylko ona starała się naprawdę mi pomóc i zapewnić to, czego nie dała mi matka. Kochała mnie bezwarunkowo. Tak, to była właśnie przyczyna, dla której wyjątkowo często odwiedzałam dziadków. Dopiero tutaj czułam się... bezpiecznie. To tu mogłam w każdej chwili wrócić. 

Moja komórka uparcie dzwoni. Nie odbieram jej jednak. W tej chwili nie mam ochoty z nikim rozmawiać, ktokolwiek by to nie był. Po prostu nie chcę. Nie jestem w nastroju. Mogę jedynie pić czekoladę za czekoladą... i myśleć. Myśleć, co by było gdyby... 

Osiemnaście nieodebranych połączeń. Chyba przegięłam. Jeszcze tylko nie wiem, kto dzwonił. Jestem jednak pewna, że gdy tylko oddzwonię, ta osoba mnie zabije. Albo osoby, bo możliwe, że dzwoniło ich więcej. 

Dobra. Czas przygotować się na długą przeprawę... 

Marysia przez pół godziny perorowała mi o tym, jak bardzo się o mnie martwiła, kiedy nie odbierałam. Myślała, że coś mi się stało, zaczęła histeryzować i wydzwaniać do moich rodziców, którzy też nic nie wiedzieli, ale nie podjęli żadnych stanowczych kroków, by mnie odnaleźć. Podobno moja matka zbyła słowa mojej przyjaciółki wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że i tak się odnajdę. To bardzo w jej stylu. Najważniejsze jednak zdaniem Marysi było to, że się nigdzie nie zgubiłam, nikt mnie nie porwał, lecz siedzę bezpieczna w domu babci i piję czekoladę. No i mam się stąd nie ruszać, dopóki ona nie przyjedzie po mnie drugiego dnia świąt i nie zabierze do siebie, bo koniecznie muszę do niej wpaść. 

Na jej chaotyczną prośbę – a raczej dyspozycję – zareagowałam histerycznym śmiechem, choć po policzkach leciały mi łzy. Pierwszy i zapewne nie ostatni raz poczułam zazdrość, że ona ma to, czego ja nigdy mieć nie będę – kochającą rodzinę. Pomyślałam, że nie mam za bardzo ochoty na oglądanie tego szczęśliwego obrazka, bo tylko przypomina mi on o swojej własnej. Zbyłam więc jakoś Marysię, twierdząc, że nie trzeba, że przyjadę do niej na pewno, lecz dopiero pod koniec tygodnia albo i nawet później, gdyż jak na razie nie mam ochoty się stąd ruszać. Nawet nie skłamałam. 

Drugą osobą, która usiłowała się do mnie dobić, był... Uhm. Taaak. Sebastian. On chyba z kolei nie miał żadnego pojęcia o mojej parszywej sytuacji rodzinnej. Nie miałam większej ochoty go uświadamiać, choć wiedziałam, że wcześniej czy później się o tym wszystkim dowie. Lepiej jednak, żeby nastąpiło to później niż wcześniej. Nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Nie oddzwoniłam.


24 grudnia 2012 14:12

Nadal się nie zdobyłam na to, żeby oddzwonić. On już też się nie odzywał. Telefon milczy więc od rana jak zaklęty, a ja, o dziwo, czuję rozczarowanie. Choć nie powinnam. Nie powinnam, ale w paradoksalny sposób zależy mi jeszcze bardziej. I bardzo się boję, co będzie, kiedy oddzwonię. Prawdopodobnie zostanę zabita na miejscu.


Elma uśmiechnęła szeroko. Nawinęła na palec kosmyk włosów, odrywając się na chwilę od lektury. Czuła, że plama w jej pamięci ustępuje z wolna wspomnieniom, jeszcze zasnutym mgłą, ale stopniowo się rozjaśniającym w miarę przewracania kolejnych kartek pamiętnika. 
Usłyszała ciche pukanie do drzwi. Uniosła głowę, szybkim ruchem zamykając zeszyt i rzucając krótkie „Proszę!”. Na szczęście nie była to jej matka – nie wiedziała, jak zniosłaby spotkanie z nią. Zresztą chyba raczej o tej porze spała. 
– Nie powinnaś już iść spać? – Cały tata. On jeden okazywał chociaż pozory troski o nią. Nie wiedziała, na ile to jest prawdziwe, a na ile działa pod wpływem współczucia. – Jest późno, skarbie. 
– Wiem. Nie jestem śpiąca, nie zdołam nawet zmrużyć oka – wyjaśniła, zakładając włosy za ucho i uśmiechając się przepraszająco. – A ty? Czemu nie śpisz? 
– Zaczytałem się, nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się tak późno. – Mężczyzna podrapał się po karku. Czuł się wyraźnie niezręcznie. – Za chwilkę pójdę się umyć... i spać. 
– Idziesz jutro do pracy? – W jej głosie pobrzmiewała wyraźna ciekawość. 
– Mhm. Tak. Mam dyżur w szpitalu od siódmej. 
– Gdzie...? 
– W sensie w którym szpitalu? 
Skinęła głową. 
– W innym niż ten, w którym leżałaś. Właściwie to to nawet nie jest szpital, tylko klinika, źle się wyraziłem. – Uśmiechnął się leciutko. 
– Chirurgia, dobrze pamiętam? 
– Tak. Bardzo dobrze. – Aleksander Dachowski zawahał się przez chwilę, po czym podszedł do córki i usiadł obok niej na łóżku. – Teoretycznie powinienem już spać, ale mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli posiedzę z tobą kilka minutek? 
– Jeżeli kilku twoich pacjentów ma to przypłacić jakimiś trwalszymi urazami, to owszem, będzie mi przeszkadzać. – Elma obdarzyła ojca promiennym, szczerym uśmiechem. – Więc jeżeli zaraz stąd nie znikniesz... 
– Nie bądź taka okrutna, jest mi niewymownie przykro. – Cały efekt zepsuł wybuch śmiechu, który zwieńczył wypowiedziane zdanie. 
– Tak, jest ci tak przykro, że aż wyśmiewasz swoje własne wypowiedzi. – Pokazała ojcu język, również wybuchając po chwili śmiechem. – Okej, bądźmy ciszej, bo matka usłyszy i będzie się awanturowała, że zakłócamy ciszę nocną niekontrolowanymi wybuchami śmiechu... 
– Nie będzie. Śpi snem kamiennym, nic będzie w tej chwili stanie jej obudzić. 
– Nawet trąbienie do ucha? 
– Nawet. 
– Chyba żartujesz. – Znowu parsknęła śmiechem, przytulając się do ramienia ojca. 
– Nie, no coś ty. Chcesz sprawdzić? – spytał z szatańskim błyskiem w oku. 
– Chciałabym, ale lepiej nie. 
– Idziesz jutro do szkoły, słońce? Właściwie to dzisiaj, bo jest już grubo po północy... 
– Nie. Nie czuję się jeszcze na siłach, żeby tam iść... ­– Wyraźnie się skrzywiła. – Mogę sobie darować do końca tygodnia? Obiecuję, że nadrobię wszystkie zaległości... 
– Nie ma sprawy. Rozumiem cię doskonale. 
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się szeroko. – Okej, tato, nie wyganiam cię ani nic, ale może już pójdziesz spać? Nie chcę mieć jutro ciebie i twoich pacjentów na sumieniu, dobrze? 
– Dobrze. – Mężczyzna wstał z łóżka, pocałował córkę w czoło i wyszedł, życząc dobrej nocy. 
Jej samej nagle się zachciało spać. Czuła, że nie da rady już niczego więcej przeczytać, więc odłożyła zeszyt na szafkę stojącą obok łóżka i niemalże z miejsca zasnęła. 

Nie musiała – czy też nie chciała – iść do szkoły, zostawać w domu też jednak nie zamierzała. Ciągnęło ją do szpitala. Wieczorem poczyta sobie dalej swój pamiętnik, tymczasem jednak miała zamiar spędzić w medycznej klinice cały, calutki dzień i przekonać się, czy to wszystko, co opisywała w swoim pamiętniku, powróci. Znaczy, czy powróci cała ta medyczna fascynacja. Spodziewała się, że tak. Było to więcej niż pewne. 
Ubrała się, zjadła szybkie śniadanie, wcisnęła do kieszeni komórkę i wyszła z domu. Nie sądziła, żeby potrzebowała czegokolwiek więcej. No może tylko jakiegoś notatnika do zapisywania ciekawostek... Dobra, nie. Zły pomysł, nie będzie na to czasu w ogóle. 
Do samego szpitala miała kawałek, lecz na szczęście istniało bezpośrednie połączenie z jej domem.
Obserwowane przez zabrudzone okna ulice Poznania były zadziwiająco ciche i wyludnione. Dziesiąta rano, nikt nie spieszy się do szkoły, do pracy, wszyscy porządni obywatele albo się właśnie uczą, albo pracują. No chyba że są chorzy, zwolnieni, bezrobotni – to już jednak inna historia. Ważne, że o tej porze komunikacja miejska nie cierpiała na przepełnienie, więc Elma bez większych problemów dojechała na miejsce. 
Szpital z całą pewnością miał już swoje lata. Chyba nawet niegdyś pomalowano jego ściany na biało, teraz jednak zdążyły się już pokryć brudem. Mimo wszystko budynek nadal wyglądał imponująco. Właściwie to nawet nie – jeden budynek, lecz kilka, stanowiących swoisty kompleks. Sama nawet nie wiedziała, co takiego intrygującego w nim widzi, wiedziała jednak, że wciąż ją tu ciągnie. I chyba ciągnąć będzie jeszcze przez dłuższy czas. 
Z pewnym wahaniem weszła po schodach i popchnęła drzwi Izby Przyjęć. 

– Elma? Co ty tu robisz? Powinnaś siedzieć w domu i odpoczywać! – Odwróciła się gwałtownie, słysząc swoje imię. Wystraszyła się, wołanie ją naprawdę zaskoczyło. Od paru minut włóczyła się bez konkretnego celu po korytarzach szpitala, nie wiedząc za bardzo, co ma ze sobą zrobić. Nie pamiętała, co zawsze czyniła po wejściu tutaj – szukać jakiegoś lekarza, meldować się w rejestracji, u pielęgniarki, czy co... Dlatego też głos doktora Swarowskiego napełnił ją niespodziewaną ulgą. Miała szczęście, że spotkała go właśnie teraz. 
– Stwierdziłam, że do szkoły nie pójdę, a w domu bym nie usiedziała... Więc przyszłam. – Wzruszyła ramionami. 
– Jak się czujesz? – Dawid zmrużył oczy, lustrując ją uważnie spojrzeniem. 
– Dobrze. Strzępki pamięci wracają, ale na razie żadnego szczególnego oświecenia nie było. 
– Wróci z czasem, nie martw się.
– Mam taką nadzieję.

7 komentarzy:

  1. Wiesz, znacznie lepiej czytało się trzy rozdziały na raz. Kiedy czytałam ten, tak szybko się skończył i było mi smutno, że zostawiasz mnie tak w niepewności. Chyba się wciągnęłam! :D

    Zacznę trochę od końca, bo od doktora Swarowskiego. Mam wrażenie, że odegra jeszcze dużo rolę w życiu Elmy, a może już odegrał w tym, którego ona nie pamięta. Może to tylko głupie wrażenie, ale tak jakby on najbardziej chciał, żeby odzyskała pamięć, nie tylko ze względów takich czysto medycznych.
    Cały czas mnie zastanawia sprawa z rodzicami, nie do końca rozumiem, skąd tak naprawdę brały się te konflikty. Dobrze, że teraz w jakiś sposób może liczyć na ojca, chociaż pokazuje jeszcze swoje uczucia niepewnie.

    Cały czas czekam na Sebastiana, jak Elma na niego zareaguje, czy w ogóle będą mogli porozmawiać ze sobą, zanim ona przeczyta cały pamiętnik. A może wszystkiego właśnie dowie się czytając o swoim życiu? :) Jestem ciekawa, jak ten wątek się rozwinie.

    Pozdrawiam! :)

    PS Życzę zdrowia! Bez gorączki i kataru:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uwielbiam zostawiać czytelnika w niepewności, naprawdę XD Ten rozdział to nie jest jeszcze szczyt moich możliwości, ostrzegam, że uwielbiam kończyć w kulminacyjnym momencie XD Ale to dobrze, że się wciągnęłaś. Bardzo, bardzo dobrze :D

      On ją po prostu lubi. Łączy ich dosyć długa, bo wieloletnia, przyjaźń, dlatego życzy jej jak najlepiej. Jest jeszcze jedna rzecz, o której niebawem napiszę, bo pojawi się w pamiętniku Elmy. Nie, nie są w sobie zakochani, skądże XD
      Ja jeszcze też tego nie rozumiem, ale wszystko przed nami. :D

      A na Sebastiana chyba jeszcze trochę poczekasz, nie wiem, czy uda mi się do niego dotrzeć w następnym rozdziale, zobaczymy, bo jeszcze tego nie napisałam. ;)

      Dziękuję, jak na razie katar ma się zadziwiająco dobrze XD

      Usuń
  2. No, no, całkiem inny styl ! Pozytywnie - jak zawsze - i bardzo interesująco . Zapowiedź 5. rozdziału już mnie zaciekawiła . Powracam i zabieram się za nadrabianie zaległości . Serdecznie pozdrawiam, do ugryzienia ! ;)

    [ http://odglosy-nocy.blogspot.com/ ]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkiem inny? Nie powiedziałabym, dużo się raczej nie zmieniło. xP W każdym razie dziękuję, do usłyszenia!

      Usuń
  3. Nie powiem, jestem coraz bardziej zaintrygowana.
    Dziwnie jest czytać o swoim życiu, dowiadywać się wszystkiego z kart pamiętnika...

    Nie mniej, mam nadzieję, że Elma da Sebastianowi szansę, że będą mogli porozmawiać, wyjaśnić sobie to i owo.

    Relacje Elmy z rodzicami również mnie intrygują. tata chce, by owe relacje były ciepłe, odnoszę jednak wrażenie, że matka myśli zgoła inaczej i że jej nie zależy. Ciekawe, co takiego popsuło ich więź...

    Doktor Swarowski jest bez wątpienia intrygujący. Mam wrażenie, że on wie coś więcej i Elma jest mu potrzebna. Oj, ależ jestem ciekawa dalszego biegu wydarzeń! :)

    Pozdrawiam serdecznie!
    http://irim-story.blogspot.com/

    PS: Przepraszam, ze mam tu takie zaległości,spowodowane problemami z internetem i brakiem czasu, ale już je nadrobiłam. :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na Twój blog trafiłam przypadkowo, jednak już od początku bardzo mi się spodobał. Tematyka, piękny szablon ale przede wszystkim Twój styl pisania, którym umiesz zaciekawić i pobudzić wyobraźnię. Brawo jestem pod wrażeniem. Chętnie przeczytam więcej. Zapraszam się także do siebie na zyjaca-dla-atona.blogspot.com - mam nadzieje, że zerkniesz. Pozdrawiam i życzę dalszej weny.

    OdpowiedzUsuń
  5. Uf, a już myślałam, że przez cały rozdział będzie pamiętnik! Nie jestem fanką pamiętników, na szczęście było też trochę "bezpamiętnikowego" rozdziału. :) Zdziwiło mnie, że Elma po utracie pamięci wie, gdzie jest szpital... I sama potrafi do niego dojechać! No cóż, coś tam w jej głowie pewnie zostało. :)

    Matka Elmy zachowuje się, jakby jej córka była jakimś zombie! :) Na jej widok od razu dostaje kur**icy! xD Normalna patologia! Biedna dziewczyna... Dobrze, że chociaż babcię ma normalną. ;) A może jednak nie jest wcale taka biedna? Nie znamy jej zbyt dobrze, to dopiero 4 rozdział i na dodatek pannica jest po utracie pamięci! Może to ona zawiniła, nie ma co matki źle oceniać... Możliwe, że to córka jest jakimś zombiakiem albo wcielonym diabłem, a nawet o tym nie wie. xD Tak, wiem, mało prawdopodobne, no ale jakiś powód takiego zachowania matki musi być. ;)

    Brakowało mi tu jakiejś akcji, wiem, że to gatunkowo jest romans, do których to nie jestem przyzwyczajona i to trochę nie moje klimaty, ale jakiś efekt "wow" by się przydał. Pewnie będzie w następnym rozdziale. :)

    OdpowiedzUsuń