– Puk puk. – Klaudia zapukała we framugę drzwi pokoju Elmy, gdyż ta nie zamknęła drzwi. Dostrzegłszy siostrę, nastolatka odłożyła książkę na stolik i przesunęła się na łóżku, robiąc jej miejsce. – Nie przeszkadzam?
– Nie, skąd. Chodź. – Książka faktycznie była interesująca, ale jednak mogła poczekać.
– Orzeszków? – Studentka wygodnie rozsiadła się na łóżku siostry i wyciągnęła do niej przyniesioną miseczkę z orzeszkami ziemnymi, wolną ręką przykrywając się kocem.
– Daj.
– Opowiedzenie wszystkiego zabrałoby całą noc... – zaprotestowała nieśmiało Elma.
– Nie szkodzi. Mamy tyle czasu.
– No dobra... – Chwyciła drugi róg koca i również się nim przykryła, po czym zabrała się za konsumpcję orzeszków. – Dobre. Skąd masz?
– Przywiozłam ze sobą – odparła z uśmiechem Klaudia, kładąc miseczkę na brzuchu i przytulając się do siostry. – Tutaj w schowku ze słodyczami są straszne pustki. Żadnej czekolady, żadnych żelków... Nic.
– Chyba to moja wina, bo część zapasów zdążyłam zjeść przed twoim przyjazdem, a zupełnie zapomniałam, żeby cokolwiek kupić – mruknęła Elma.
– Dobra, nieważne. Wróćmy do tematu, czyli opowiadaj o wszystkim.
– Nie za bardzo jest o czym opowiadać...
– Ty mi tu teraz nie kręć, siostra, przecież wyraźnie widzę, że coś cię dręczy. I to nawet całkiem duże coś. Wbrew pozorom, nie jestem ślepa. Chodzi o ten cały wypadek, prawda? Przy okazji, muszę cię przeprosić, że nie było mnie wtedy przy tobie... To znaczy byłam, ale tylko w pierwszych dniach, bo potem musiałam jechać do Krakowa na poprawkę. Jeżeli bym tego nie zdała, wywaliliby mnie z uniwerku, a kurczę, po dwóch latach studiów tam nie byłoby to zbyt fajne... Miałam jednak zamiar wrócić jak najszybciej, więc wróciłam teraz, choć to i tak zbyt późno. Naprawdę przepraszam!
Elma zamyśliła się przez chwilę. Gdyby Klaudia zjawiła się wcześniej, jeszcze wtedy, w szpitalu, być może teraz wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Być może czułaby się zupełnie inaczej – nie tak odtrącona przez własną rodzinę (a raczej jej część), być może miałaby więcej nadziei, więcej optymizmu. Być może.
– Co się stało, to się nie odstanie. Nie przejmuj się – pocieszyła siostrę, uśmiechając się do niej leciutko. W końcu liczą się chęci, prawda? Klaudia naprawdę przecież pragnęła z nią zostać, ale musiała wyjechać...
– Więc proszę cię, daj mi teraz szansę na nadrobienie tego wszystkiego i opowiedz mi, co się dzieje – poprosiła blondynka, patrząc na Elmę błagalnie.
– No dobrze – westchnęła. – Tak, faktycznie chodzi głównie o ten wypadek. Wkurza mnie to, że nikogo nie pamiętam!
– Tym akurat się nie musisz przejmować, bo pamięć wróci, wcześniej czy później – zauważyła Klaudia.
– Część już faktycznie wróciło. Niewielka część, drobne wspomnienia, sporo wiedzy zdobytej przed wypadkiem. To jednak nie zmieni faktu, że w chwili obecnej nie wiem, komu ufać. Dałabym królestwo za moje wspomnienia, naprawdę. Znacznie ułatwiłoby mi to życie – westchnęła cicho szatynka, biorąc kolejnego orzeszka.
– O co chodzi z tym, że nie wiesz, komu ufać? Jakieś przykłady?
– Na przykład taki jeden chłopak z hiszpańskiego...
– Sebastian?
– Skąd wiedziałaś?
– Miałam okazję go poznać. – Mrugnęła do siostry. – I co z nim?
– Przed wypadkiem byliśmy parą... Teraz mnie coś od niego odpycha. Czuję na jego widok irracjonalną złość i trochę strachu. Nie mam pojęcia, co może być przyczyną tego stanu, ale cała ta sytuacja nie jest dla mnie zbyt komfortowa. – Elma oparła głowę o zagłówek łóżka. – Po prostu, kurde, nienawidzę go, choć sama nie wiem, dlaczego! Nie zrobił mi niczego, przynajmniej tak mi się wydaje, jednak żeby to potwierdzić, musiałabym znać swoje wspomnienia sprzed wypadku. Jak na razie staram się go unikać, ale tak naprawdę nie da się tak do końca.
– Hmm, faktycznie dziwne... Pomyślmy. Masz dwa wyjścia. Możesz albo czekać, aż wrócą wszystkie wspomnienia i go unikać do tego czasu, albo nie czekać i od razu z nim pogadać.
– Druga opcja jest znacznie trudniejsza, ale w sumie... Nie wiem, kiedy wszystko wróci do normy, kiedy całkowicie odzyskam pamięć. Może to potrwać kilka tygodni, może kilka miesięcy, a może nawet lat! Tak naprawdę, czy tego chcę czy nie, jestem skazana na jego towarzystwo aż do matury.
– Wiem, kotek, ale nikt nie powiedział, że życie będzie łatwe. Ja bym mimo wszystko poszła do niego i pogadała, myślę, że da ci to więcej niż myślisz – dowiesz się, o co w tym wszystkim chodzi.
– Jesteś drugą osobą, która radzi mi to samo. – Wtuliła się bardziej w ciepły koc. W pokoju było dosyć chłodno, bo zostawiła otwarte okno. Teraz jednak nie miała za bardzo ochoty wstawać i je zamykać.
– Więc może czas posłuchać tej rady? – zasugerowała Klaudia, odstawiając na szafkę nocną pustą miseczkę po orzeszkach.
– Chyba tak. Nie mogę wiecznie uciekać, bo problem się sam nie rozwiąże, czyż nie tak? – Wywróciła oczami.
– Dokładnie – roześmiała się starsza z dziewczyn. – Wiesz, na początku będzie trudno, ale myślę, że później już jakoś pójdzie. Najważniejsze to to, żebyś nie spanikowała ani nic. I najlepiej nie odkładaj tego za bardzo, lecz pogadaj z nim jeszcze na początku przyszłego tygodnia. Albo się umów z nim już w weekend.
– Wolę w poniedziałek – mruknęła.
– Wolisz z nim nie zostawać sam na sam? Rozumiem. W takim razie w poniedziałek.
– Dobrze.
– Obejrzymy sobie jakiś film? Mam ochotę porobić dzisiaj coś odmóżdżającego i nie musieć myśleć. Już zbytnio się namyślałam na poprawkach, mam dosyć.
– Możemy. Jakieś życzenia?
– „Incepcja”?
– To nie jest odmóżdżające – roześmiała się, chwytając poduszkę i trzepiąc nią Klaudię w głowę.
– Uch, tyyyyyy! – Ona również nie pozostała dłużna i ochoczo oddała siostrze, chwyciwszy inną poduszkę. Już po chwili obie tarzały się po łóżku, zaśmiewając się i krzycząc. Ich ułożone włosy szybko stały się potargane, a twarze się wyraźnie zaróżowiły. Choć obie wyrosły już z wieku dziecięcego, nadal ich bawiły takie zabawy.
Elma poczuła, jak bardzo jej brakowało rodzinnego ciepła, którym teraz obdarzała ją siostra. Widocznie tylko jedna czwarta rodziny była aż tak szurnięta. Właśnie, rodziny...
– Klaudia? – Na moment przerwała siostrzaną bijatykę.
– Hmm? – Blondynka spojrzała na nią pytająco, odkładając poduszkę i zabierając się za poprawianie zniszczonego warkocza.
– Podejrzewam, że będziesz wiedziała. Kim jest Irmina?
Klaudia przez dłuższą chwilę milczała, spoglądając zaskoczona na siostrę. Spochmurniała nieco.
– Dlaczego cię to interesuje?
– Usłyszałam rozmowę, której nie powinnam – przyznała bez oporów Elma. Nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia, ponieważ w końcu rozmawiali na jej temat. Miała prawo wiedzieć o wszystkim, co tylko jej dotyczyło.
– Czyją rozmowę?
– Taty i ciotki Izabeli.
– Nie wiem, czy powinnam... – zawahała się Klaudia. – Właściwie to chyba tata ci powinien wszystko wyjaśnić, bo w końcu chyba nadszedł czas.
– Ale co powiedzieć?
– Nie mogę...
– O co tu chodzi? – przerwała jej bezceremonialnie, siadając po turecku na łóżku. – Powiedz mi, proszę! Mam już dosyć tych wszystkich tajemnic!
– Naprawdę uważam, że tata powinien to zrobić, a nie ja. – Głos Klaudii zabrzmiał twardo, była naprawdę zdeterminowana nie mówić siostrze o niczym.
– Czy to wszystko ma jakiś związek z matką?
– No... ma – przyznała cicho.
– Więc proszę cię: powiedz mi!
– Jesteś bardzo zdesperowana, co?
– Po prostu się boję, że dostanę kolejną wymijającą odpowiedź! Wiem doskonale, że cała sprawa dotyczy właśnie mnie. Mam chyba prawo do tej wiedzy, nie?
– Wiesz, czasami jest lepiej po prostu nie wiedzieć pewnych rzeczy...
– Być może, ale w mojej sytuacji to nie ma znaczenia. Wiem mniej niż nie wiem.
– Naprawdę nie chcę dokładać ci zmartwień.
– Ale tak czy owak się tego dowiem, czy od ciebie, czy od taty – to nie ma znaczenia, czy wcześniej, czy później – nie ma różnicy. Ta chwila jest dobra jak każda inna.
– Naprawdę jesteś zdesperowana... Skoro tak bardzo ci na tym zależy, to ci powiem, proszę bardzo! Irmina była twoją matką!
– Nie krzycz na mn... CO?!
– To, co usłyszałaś. Irmina była twoją matką.
– Jak to? – wydusiła zaskoczona, nawet nie próbując wytrzeć łez ciekących po twarzy i spadających na kolorową poszewkę kołdry. Wpatrywała się zszokowana w Klaudię, próbując zrozumieć słowa, które padły przed chwilą z jej ust. – By-była...?
– Zmarła krótko po twoich narodzinach. – Blondynka przysunęła się do Elmy i zwyczajnie ją przytuliła, co sprawiło, że ta już nawet nie starała się ukryć swojego płaczu. – Ogólnie historia jest dość długa...
– Czyli jesteśmy kuzynkami, a nie siostrami? – wyjąkała przez łzy.
– Po części. Po części kuzynkami, po części siostrami – przyrodnimi, ale jednak.
– To znaczy, że...
– Jak już mówiłam, historia jest skomplikowana, więc opowiem ci ją w skrócie. Nasz ojciec spotkał najpierw Irminę. Nie pytaj, jak do tego doszło, bo nie wiem. W każdym razie on zakochał się w niej, ona w nim, więc ślub był tylko kwestią czasu. Faktycznie on się z nią ożenił, ale Irmina parę miesięcy później wyjechała do Nowego Jorku. Nie mam pojęcia, jak to się stało i dlaczego, ale wszelki ślad po niej zaginął. Tata oczywiście zdesperowany, szukał jej dosłownie wszędzie, nawet pojechał do Nowego Jorku i jej tam szukał, ale jakby zapadła się pod ziemię, nigdzie jej nie było. Więc dał sobie spokój, choć nie mógł się z tym pogodzić. W każdym razie tutaj na scenę wkracza Małgorzata, która chyba usidliła naszego ojca... – Klaudia bezradnie wzruszyła ramionami, krzywiąc się. – Tak go omotała, że wzięli ślub. Sprawiła, że zapomniał o Irminie. Choć jest moją matką, akurat nie pochwalam tego, co zrobiła. Chociaż może pod pewnym względem to dobrze dla ojca, bo przestał się zamartwiać...
– I co dalej?
– No wzięli ten ślub, osiedlili się tutaj, Małgorzata urodziła dziecko, czyli mnie. Wszystko pięknie, różowo, tylko że po trzech latach studiów ze Stanów wróciła nagle Irmina. W cudowny sposób się odnalazła. Miałam wtedy trzy lata, więc za dobrze wszystkiego nie pamiętam, jedynie z rodzinnych opowieści coś niecoś słyszałam, trochę mi tata też dopowiedział...
– I pewnie rozpętało się piekło? – domyśliła się Elma.
– Dokładnie. Wiesz, wraca była narzeczona, stara miłość odżywa i tak dalej. Oczywiście miał do niej pretensje, że przez te trzy lata nie dała znaku życia, ale też obwiniał siebie. W końcu wylądował w Poznaniu z dwiema żonami, bo tak naprawdę Irmina nigdy nie przestała nią być. Dziwne, nie?
– Przecież polskie prawo zabrania poligamii – stwierdziła zaskoczona Elma.
– Noo tak, wiem, ale ta sytuacja była jakaś dziwna... Nie do końca rozumiem, o co w tym wszystkim chodziło, bo też wydaje mi się to dosyć nieprawdopodobne – skwitowała w odpowiedzi Klaudia. – Nie wiem, czy da się ot tak anulować ślub bez obecności drugiej osoby... Nie mam pojęcia. Musiałabyś spytać tatę, jak to było... W każdym razie wiem, że Irmina zaszła w ciążę, urodziła ciebie, zachorowała na raka i wkrótce potem zmarła, a tata został z tobą, ze mną i Małgorzatą. Taki był finał.
– Ta historia wydaje się bardzo nieprawdopodobna, jest taka dziwna, że aż niemożliwa! – Szatynka oderwała się od siostry, co prawda przybranej, ale jednak, i położyła się na łóżku.
– No wiem. Sama tego nie rozumiem.
– Daj mi trochę czasu, muszę przetrawić te wszystkie rewelacje...
– Spoko. Będziesz go miała tyle, ile tylko zechcesz. Obejrzymy coś w końcu w międzyczasie?
– Pewnie. Teraz jednak mi również się nie chce myśleć, więc odpalmy jakąś komedię romantyczną, popłaczmy na niej trochę i chodźmy spać.
– Genialny plan.
– Wiem – roześmiała się.
Niespokojne, rozedrgane październikowe noce, pełne powracających wspomnień, koszmarów na jawie i jawy w koszmarach. Zadziwiające, co ludzka psychika może uczynić w nocy, zwłaszcza jeżeli głównym tworzywem snów są zapomniane wydarzenia z przeszłości. Umysł tworzy zadziwiającą mieszankę tego, co było oraz tego, czego nie ma, podsycając to wszystko odpowiednią dawką emocji. Postacie realne mieszają się z postaciami legendarnymi i istniejącymi jedynie w krainie snu, postacie z przeszłości z postaciami z teraźniejszości. Poplątane labirynty, drogi zwodzące na manowce pamięci bardzo często rządziły w koszmarach. Do tego upał, nieznośne gorąco, przedzierające się przez skórę i pozbawiające tchu. Nie dawało się wytrzymać, spragniony organizm wiele by dał za odrobinę ożywczego wiatru.
Jednak rozedrgane październikowe noce zabierały go na przejażdżkę po krętych ulicach wyobraźni, uliczkach niby znajomych, bo napotkanych jakby w innym czasie, ale nie do końca. Niesforny umysł prowokował śniącego, prowokował nieustannie, chcąc zmusić do maksymalnego wysiłku i przypomnienia sobie wszystkiego.
Gdzieś w oddali odzywał się zegar, dwanaście mocnych uderzeń, donośnych i czystych. Północ. Jednak w świecie snu nic nie było takim, jak się wydaje. Północ tutaj mogła równie dobrze oznaczać dziewiątą nad ranem tam.
Plątanina kolorowych uliczek otulonych nocną mgłą wiodła donikąd. Nozdrza drażnił zapach
cynamonowego ciasta, tak uwielbianego w dzieciństwie; zaraz jednak stłumiły go
inne zapachy wielkomiejskiego życia. Omamiony piękną wizją umysł błąkał się,
chłonąc każdy szczegół nowej rzeczywistości. Kręcił się w kółko, widząc usiane
gwiazdami granatowe niebo sprzed dziesięciu lat, kolorowe domy, żelazne
latarnie na ulicach.
Pomimo nocy
miasteczko nie spało. Tętniło życiem, jakby na specjalne życzenie śniącego.
Było gorąco, atmosfera duszności przedarła się i tutaj. W oddali mignęła gdzieś
wieża zegarowa, jedyny stały punkt zmieniającej się rzeczywistości. Domy
ulegają metamorfozom, zmieniają się nieustannie, przeobrażają jak poczwarki w
motyle. Ciągle wędrują, wraz ze starymi latarniami rozpoczynając taniec wśród
nocy. Nic nie jest takie, jak być powinno, a umysł wciąż próbuje rozeznać się
wśród krętych ścieżek wyobraźni. Drżące echo dawnych głosów rozlega się
ponownie, odbijając zwielokrotnione od ścian domów.
Sceneria
ciągle się zmieniała. Raz umysł tkwił w dziewiętnastowiecznym miasteczku pełnym
kocich łbów i przytulonych do siebie kamieniczek, raz stał już na moście nad szeroką
rzeką. Wędrował, podążając za cieniutkimi nićmi pamięci. Nocne powietrze
nieznacznie drgało. Obrazy powracały rozmyte, niewyraźne, lecz wciąż żywe, mimo
upływu tak długiego czasu.
Powietrze
zgęstniało, ziemia zdawała się dygotać. Zaczął padać deszcz, chłodny
październikowy deszcz. Niespokojne krople bębniły o dachy domów, a umysł wciąż
błądził. Przeraziła go zapadła nagle cisza. Wszystko zamilkło; kolory zniknęły,
wyblakły, rozmyły się w strugach ulewy. Domy stanęły nieruchome, czekając na
nadejście świtu.
Trzy
równe uderzenia zegara sprawiają, że senny wędrowiec nie jest w stanie się
ruszyć i zastyga w miejscu, próbując zatrzymać uciekający czas. Pragnie
pozostać tutaj na zawsze. Ulotna wizja zaczyna się rozpadać na tysiące
kawałeczków i kruszyć jak szkło, a podróżnik spada. W ciemność.
Tak
naprawdę każdej nocy wracała część wspomnień. Nie wszystkie były tak jasne i
klarowne na pierwszy rzut oka i dopiero po połączeniu z innymi tworzyły
sensowną całość. Objawiały się w koszmarach, lecz nie znikały zaraz po
przebudzeniu jak zwykłe sny. Zostawały, bo po prostu wskakiwały na swoje puste
miejsca w pamięci. Jednak pewne szczegóły się zacierały, jak to we
wspomnieniach, dlatego wszystkie nieodmiennie formowały się w słowa,
pokrywające wyrwane z zeszytów kartki. Tak było najłatwiej pamiętać wszystko.
Powracały
więc wspomnienia z dzieciństwa. Wspomnienia wesołych zabaw z Klaudią, dnie
spędzane na huśtawkach, w piaskownicy, na budowaniu domków z foteli i starych,
rzadko używanych koców, na bawieniu się pluszowymi pieskami i misiami, na hasaniu
po całym domu mimo reprymend matki. Pamiętała częste wyprawy do lasu, poszukiwania
skarbów, pełne emocji przygody przeżywane dzięki wyobraźni w bezpiecznym domu. Szczęśliwe
były to czasy – prawdziwe piekło zaczęło się później, gdy przeminęła beztroska
dzieciństwa.
Powracały
wspomnienia z lat szkolnych. Wspomnienia z godzin przesiedzianych w twardych
ławkach, zakuwania i hektolitrów kawy wypitych w pierwszej liceum. Powracała
pamięć o pierwszych znajomych, o radościach i smutkach uczniowskiego życia. O
wszystkich piątkach i jedynkach, tych najbardziej szczególnych ocenach.
Powracały
wspomnienia o szpitalu. Wspomnienia lat spędzonych w tym budynku, uśmiechów
pacjentów rozweselonych jej opowieściami, ale także wspomnienia bólu i
cierpienia, którym nie mogła zaradzić. Powracały wspomnienia personelu, zawsze
dla niej życzliwego, wspomnienia związane z odrabianiem zadań domowych w
budynku szpitala i późniejszym odsypianiem dyżurów. Wspomnienia całodziennej,
męczącej krzątaniny, dającej jednak za to ogrom satysfakcji oraz spełnienia.
Powracały
w końcu również te najświeższe wspomnienia, jednak bardzo opornie, w kawałkach
i z dużą niechęcią. Wracały stopniowo, lecz ciągle brakowało tych
najważniejszych. Pojawiały się w nich Marysia, Weronika i Klaudia, jednak nie
było najważniejszej osoby, która wyjaśniłaby wszystko – Sebastiana.
Co oznaczało,
że najwyższy czas z nim porozmawiać.
Oprócz wspomnień
w snach pojawiał się także bardzo szczególny obraz. Czasami trwał on krótką
chwilę, czasami dłużej. Nie przychodził każdej nocy, zjawiał się kiedy tylko
chciał, niespodziewanie, i równie tajemniczo znikał, nieodmiennie jednak
pozostawiając za sobą wrażenie ciepła. Swojskości.
Makowe
Pole rozkwitało. Główki szkarłatnych kwiatów kołysały się na wietrze, lekkim i
ciepłym. Ich kolor kontrastował ze złotą barwą nieba, z którego zeszło już
słońce, wysyłając jedynie ostatnie promienie. Wydawało się, że ta chwila trwa
wiecznie, słońce nigdy nie zajdzie całkowicie, noc nigdy nie nadejdzie. Makowe Pole
zawsze było takie samo, nigdy się nie zmieniało.
Zawsze
panowały na nim cisza i niebiański spokój. Dopiero tu zbłąkany umysł mógł
zaznać ukojenia, mógł odpocząć od szarugi życia. Wystarczyło jedynie położyć się
na ziemi, pośród makowych główek, i zamknąć oczy. Tak było po prostu dobrze.
Dlatego
umysł zawsze odczuwał niedosyt, gdy nagle budził się w szarej rzeczywistości.
Chciał wrócić tam, do tamtej rzeczywistości, a najlepiej pozostać na Makowym
Polu na wieki. Kontrast między codziennym życiem a Szkarłatnym Ogrodem raził w
oczy. Tych dwóch rzeczy po prostu nie dawało się porównać.
Czy kiedy umrę, trafię na Makowe Pole?
Z tym
pytaniem w głowie Elma obudziła się w poniedziałek dwudziestego ósmego
października. Poleżała jeszcze chwilę w łóżku, nie mając najmniejszej ochoty na
wstawanie i odwijanie się z cieplutkiej kołdry. Nawet stąd widziała, że za oknem
panowały jeszcze ciemności, co już w ogóle nie zachęcało do wyjścia. Najchętniej
przespałaby cały tydzień. Niechętnie spojrzała na widoczną nawet w mroku tarczę
budzika. Siódma rano, co oznaczało, że ma ledwo pół godziny do tramwaju. Mało
zachęcająca wizja, lecz nawet ona nie zdołała sprawić, że dziewczyna wyskoczyła
z łóżka jak oparzona. Nie lubiła się spieszyć.
Usiadła
na zmiętej pościeli i przetarła oczy, walcząc z narastającą sennością. Potrzebowała
solidnego odpoczynku, dłuższego niż dwa dni, wiedziała jednak, że najbliższa
taka okazja nadarzy się dopiero w święta. Wtedy się wyśpi za wszystkie czasy i
nikt nie będzie w stanie jej powstrzymać.
Tymczasem
jednak sięgnęła po leżące na szafce nocnej lekarstwa, zalecone przez doktora
Swarowskiego. Brała je od czasu wypadku, dzięki czemu nie była narażona na
zawroty głowy i częste omdlenia. Chociaż raz o mały włos nie zemdlała, wszakże
wtedy, w szkole, uratował ją Sebastian...
Nie,
nie, nie, nie! Myślenie o nim właśnie teraz
jest niebezpieczne. Bardzo niebezpieczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że
zdecydowała się ostatecznie na rozmowę z nim. Już i tak się wystarczająco
napanikowała!
Zaklepuję miejsce, a co! xD
OdpowiedzUsuńHaha, spoko xD
UsuńW komentarzu pod tamtą notką zapomniałam dodać, że ten szablon jest b.ładny i ja bym go na razie nie zmieniała. Bo to miał być tymczasowy, tak?
OdpowiedzUsuńIrmina ... mój boże, ale namotałaś xD Totalne zaskoczenie. Kto by się spodziewał? Mogłam sobie myśleć, że Irmina to jej ciotka czy coś, mogłam sobie nawet myśleć, że jest w ruskiej mafii, ale matka? Zaraz napiszę dalszą część komentarza, tylko pozbieram szczękę z podłogi xD
Ogólnie fajna i ciekawa notka. Podoba mi się!
Pozdrawiam :*
Tak, miał być tymczasowy, ale niektórzy mają spore z nim problemy, więc lepiej poczekać na zamówiony. ;)
UsuńWiem, że namotałam, przecież mówiłam, że uwielbiam motać. :D A sądziłam, że to takie przewidywalne, he... Ruska mafia - myślałam o tym, serio xDD
To zbieraj ją z podłogi, ok? Jeszcze będzie na mnie, że powoduję uszczerbek na zdrowiu xD
No i wreszcie przeczytałam ;)
OdpowiedzUsuńMam w tym roku szkolnym tyle nauki, że na blogi już nie starcza mi czasu ;C.
No cóż, ten rozdział naprawdę przypadł mi do gustu, zwłaszcza jego końcowa część. Mimo że raz pomyliły Ci się czasy (chyba że to był celowy zabieg, to przepraszam), to opisy były... cudowne! Te porównania, epitety... Ach, aż chce się żyć ;D
Trochę zdziwiło mnie to, że Elma tak szybko doszła po siebie. Klaudia właśnie jej powiedziała, że nie są siostrami, a Elma chwilę panikowała, a potem po prostu... zaproponowała komedię romantyczną. Zdziwiło mnie też to, że gdy się obudziła, najpierw pomyślała o Sebastianie, a kompletnie zapomniała o wcześniejszych rewelacjach ;).
Narzekam, sorry.
To chyba tyle. Nie mam ochoty się jakoś szczególnie produkować.
Pozdrawiam i życzę weny.
Elif